
Adele na szczycie OLiS. Gotye na szczycie listy przebojów Trójki (panie Marku, wstyd). Coldplay podobno znowu gra w Polsce. Justin Bieber żyje. A Greg Perry, dla odmiany, wciąż nie żyje. MED zniknął nagle z całego Internetu, nawet z angielskiej Wikipedii. Metallica nagrywa „Lulu”. Bez końca powstają zespoły kopiujące Slayera. KoЯn współpracuje ze Skrillexem (ten nowy album to w ogóle temat na osobny art, żałość). Wokalista Power Of Trinity nie umie śpiewać po angielsku. Led Zeppelin nie chcą się reaktywować. A Nocne Nagrania wydają album producencki. Ale to akurat dobrze.
W przeciwieństwie do wszystkiego innego powyżej „Linia 00:14” – tak panowie nazwali swoje nowe dzieło – może tylko cieszyć. Dlaczego? Bo wreszcie ktoś zdecydował się zrobić taki projekt. Mnie, jako zagorzałemu fanatykowi klimatu nocy, tonacji mollowych, abstrakcyjnego piękna, dobrego brzmienia i płyt instrumentalnych brakowało czegoś, co mogłoby wypełnić lukę po rozczarowującym „Untouchable Stories” Maeda sprzed paru lat (aczkolwiek możliwe, że dziś bym się tym zajarał, nie wiem, nie próbowałem). Jasne, że uciekanie w inne gatunki muzyczne ma niezaprzeczalny urok, ale jednak chciałoby się, żeby stary, dobry polski rap też miał jakiegoś płytowego reprezentanta spełniającego moje powyższe, fanatyczne warunki. No i ma.
Ciężko powiedzieć, czy „Linia 00:14” przebija poziomem swojego przodka, czyli epkę „Noc” tria Gres/Snatch/DJ Bartech. Bo ciężko też porównywać oba wydawnictwa. Podczas gdy łódzkie dzieło z '06 opierało swoją magię wyłącznie na winylowych samplach i licznych cięciach, Nocne Nagrania idą krok dalej. Samplują intensywnie (zazwyczaj tną jazz, wokale, albo jakiś głos, swoją drogą, niebezpiecznie powszechna zaczyna się ta praktyka robić), ale rzadko kiedy opierają główny motyw kompozycji na próbkach. Zresztą, jaki motyw? Melodie snują się głównie w tle. Zamiast tego mamy przede wszystkim dużo hatów otwartych i zamkniętych, nawałnicę crashów, werble z obciętym dołem (HE HE), mocne kicki oraz gigantyczne cysterny leniwych syntetyków/sphere'ów, nad wszystkim zaś zawsze czuwa bass, z rzadka bujający, częściej zaś miażdżący elektroniką. I te dwa ostatnie czynniki należy traktować jako ścianę nośną każdego utworu.
Spokojnie płynące, czasem „wijące się” wygenerowane wtyczkami dźwięki (słyszałeś „Uwolnić Umysł” Tusza = wiesz, o co chodzi) w połączeniu z ABSOLUTNIE MISTRZOWSKIM brzmieniem niskich tonów to świetnie działający tandem. Zresztą, tu w ogóle wszystko brzmi po absolutnie mistrzowsku – nie ma mowy o błędach, nieścisłościach czy wrażeniu braku kontroli nad dźwiękiem. Instrumenty znają swoje swoje miejsca w pasmach, przestrzeni i mixerze, stereo jest intensywnie wykorzystywane, backgroundy zapełnione. Większość podziemnych producentów w kwestii brzmienia może im co najwyżej próbować doskoczyć do kolan.
Końcówka każdej recenzji to zazwyczaj wyliczanie minusów. Teraz będzie podobnie. Jak znasz wspomniany wyżej krążek Tusza, pierwsze chwile słuchania będą wypełnione mało przyjemnym uczuciem powrotu na stare śmieci. Nie jest to jednak znacząca ujma, bo „Linia 00:14” rozkręca się z czasem. Bliższe porównanie z „Uwolnić Umysł” ujawnia natomiast inną rzecz – jest mniej eksperymentów. Co prawda pojawia się sporo urozmaiceń, ale znanych stamtąd odjechanych jazd w stylu ośmiobitowych dźwięków czy nagłych uderzeń klimatycznych syntezatorów tutaj zabrakło. Najbardziej nudą wieje od „Rainin”, „Dusk” i „Evening” – są niepotrzebne. Ponadto nie obraziłbym się wcale za zaniechanie podobnego, często powtarzającego się ustawienia hatów. Jednak większość tych wad wytłumaczcie sobie po prostu moim chorym czepialstwem, tak naprawdę nie wpływają na przyjemność słuchania w jakiś bardzo znaczący sposób.
Szatt i Nowok jako Nocne Nagrania spróbowali czegoś nowego. Z komentarzy, które udało mi się znaleźć na necie wnioskuję, że społeczeństwo ciepło przyjęło „Linię 00:14”. Przyłączam się do tego szczęśliwego chóru. Polecam.

0 komentarze:
Prześlij komentarz