Ty też to pewnie znasz. Przesłuchujesz sobie przed chwilą ściągnięty/kupiony projekt, życie się toczy swoim codziennym rytmem... aż nagle słyszysz TO. Nieważne, czym TO konkretnie jest: może być refrenem, dodatkowym dźwiękiem, przejściem, dwoma słowami, perkusją, solówką... dosłownie wszystkim. Ale już wiesz, że fakt wystąpienia TEGO nie da ci spokoju.
Miałem tak bardzo często. Bywało nawet tak, że zamiast po ludzku słuchać danego utworu od początku do końca, siedziałem przed kompem i jak kretyn przeskakiwałem wciąż na TE kilka sekund muzyki. A po chwili – znowu. I znowu. I znowu.
Panie i Panowie, przed wami sześć uzależniających momentów w muzyce, które zachowały się gdzieś w najgłębszych warstwach pamięci. Wspomnienia zlały się w jednolitą mgłę, całe albumy sprowadzone zostały do jednego dźwięku, a te momenty wciąż są tak samo uzależniające i wkręcające, jak za pierwszym odsłuchem. Enjoy.
Co z tego, że ten sampel jest piękny? Co z tego, że Q i Phife rzucają dobre zwrotki? Co z tego, że Busta Rhymes szaleje w refrenie, powtarzając nieśmiertelne „Oh my god”? CO Z TEGO? Tu liczą się tylko te dwie sekundy zawierające scratch, mini pseudobeatbox i stopę krok przed pierwszym taktem. Nie jestem stuprocentowo pewien, ale chyba mamy do czynienia z najlepszym intrem świata.
„Experyment Psyho” nie jest jakąś nadzwyczajnie wybitną płytą. Ale dwóch rzeczy nie można jej odmówić: klimatu i... więcej klimatu. „Magnes” chyba najlepiej przetrwał próbę czasu ze wszystkich numerów na tamtym albumie, a jego najlepszą częścią jest bezsprzecznie końcówka, w której Fokus swoim depresyjnie znudzonym głosem nuci średnio żywiołowy temat.
Soul Supreme to Szwed, który swego czasu współpracował z paroma pierwszoligowymi niggerami (pojawił się choćby na „Starchild” O.C.), zaś moje psychofaństwo zaskarbił sobie płytą „Soul Supreme Presents: Soulmatic”. Pewnie się już domyśliliście po tytule, że chodzi o zremixowaną wersję „Stillmatic” Nasa. I prawidłowo. „One mic” z tego wydawnictwa (dobrego!) zdecydowanie się wybija – przede wszystkim dzięki cichutkiemu, niepostrzeżenie wchodzącemu po stu piętnastu sekundach samplowi.
Kto widział moje podsumowanie 2010 u Lite'a, ten pewnie wie, że szaleję za „Ironbound”, megagenialnym hipocentrum wariackiej metalowej młócki od speców z Overkilla. Jako, że wokalista dysponuje wysokim (ale genialnym!) wokalem, często wprowadza do swoich dzieł taki niby-chórek dla kontrastu. Partie, w których on występuje, prawie zawsze wynoszą dany track na apogeum doskonałości, a najlepiej prezentują się podczas przejścia w „In vain”.
Nie samym Overkillem człowiek się fascynuje. Są jeszcze Neo Retros, czyli autorzy najlepszej płyty 2011. To właśnie „The sandman” przesądził o jej zwycięstwie, a z kolei o jego świetności zadecydowały – poza gitarami, wokalem, świetnym brzmieniem, melancholijnym klimatem, motywami i w ogóle pięknem – delikatne klawisze cichutko podkreślające ostatni refren. Najlepiej słychać je przez moment w 2:27.
Emilio Rojas. Gość, którego mixtape'y uwielbiam całą swoją muzyczną percepcją. Przy czym nie chodzi wyłącznie o jego umiejętności raperskie, ale też o dobór bitów. Choć „So alive” nie jest moim ulubionym kawałkiem Rojasa, to jego wyjściówka ewidentnie wygrywa życie – najpierw uroczy, śpiewany refren w 2:40, następnie kanonada talkboxowych chórków (TALKBOXIE, WRÓĆ!), a na deser za-je-biś-cie obłędne zakończenie w postaci motywu syntezatorowego na wysokości 3:28. Doskonała puenta dla doskonałego utworu.
PS. Dla rozkminiających, o co chodzi ze zdjęciem. Fotografia przedstawia zestaw leczniczy Buskowianka + tabletka życiodajnego specyfiku o nazwie Alka-Seltzer. Kupiłem go w jedynej całodobowej aptece w mieście o godzinie szóstej rano w niedzielę, kiedy wszystkie sklepy były pozamykane. Owy zestaw ładnie wpasował się w tematykę niniejszego zestawienia - niby nic, a jednak uprzyjemniło egzystencję w stopniu znacznym.

http://www.youtube.com/watch?v=uFT3BeS9ZtY
OdpowiedzUsuń na zawsze2.32-3.12