Alestorm – Back Through Time
Na zdjęciu: Monika Żarska
Hej ho i flaszeczka rumu.
Alestorm. Jakby ktoś nie wiedział, Ale (ejl) znaczy PIWO. Oprócz niego regularnym bohaterem „Back Through Time” jest rum.
I już wszystko jasne.
Generalnie: metal. Ostre brzmienie gitar, mało skomplikowane riffy... oraz tony pirackiego klimatu, teksty sławiące oparte na rabowaniu statków życie poza prawem, klawisze, skrzypce, akordeon, sekcja dęta i przede wszystkim duuuuuuużo alkoholu gwarantującego radośnie pijane refreny stworzone do chóralnego śpiewania przez ledwo żyjącą publiczność. Szalenie pozytywna to płyta! Radosna, hedonistyczno-egoistyczna energia (urwiemy głowy wszystkim z waszej załogi, a następnie zabierzemy wasze złoto i kobiety celem wydawania i bałamucenia ich do rana) wylewa się z głośników hektolitrami, generując we wszystkich słuchaczach (chyba nie zamierzasz tego puszczać samotnie?) niepohamowaną chęć życia.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Shipwrecked, The Sunk'n Norwegian
B.O.K – W Stronę Zmiany
Na zdjęciu: Peosz
W roku 2011 Kay znów wydał swoje solowe dzieło pt. „W Stronę Zmiany”. Dziwnym trafem znów wiele numerów zostało nagranych bez niego. Tradycyjnie za oprawę muzyczną całkowicie odpowiada Oer, zaś Bisz jest na feacie we wszystkich trackach.
Kay spisuje się świetnie, jak na gospodarza przystało. Jego specyficzna, lecz powszechnie lubiana maniera sprawia, że jeśli w jakimś mieście jednego wieczoru grają B.O.K i jakiś podrzędny zespół, przykładowo Iron Maiden, wszystkie cycate małolaty bieżą w kierunku klubu goszczącego Kay'a. Umiejętności tego wokalisty prezentują się bardzo sympatycznie w połączeniu z dobrą oprawą muzyczną – tym bardziej, że całość jest świetnie pomixowana. Czasem może się wydawać, że Kay'a w natłoku dźwięków nie słychać. Nic bardziej mylnego – trzeba po prostu zdać sobie sprawę z tego, że te świetne chórki/wokalizy w tle to nie sample. Często jego wokal wprowadza bardzo fajny wajb, nadając uroczego feelingu utworom. A jego technika? Fuckin' unbelievable, ten gość naprawdę potrafi śpiewać. Posłuchajcie chociażby „Ziarno do ziarna”.
Gościnne występy Bisza także zasługują na uznanie.
PS. Z jednej strony ta recenzja to oczywiście prowokacja, ale z drugiej – napisałem ją tak, gdyż Kay jest naprawdę świetnym wokalistą, bardzo cenię jego umiejętności i nie podoba mi się, że jest go na płycie tak mało. Normalniejszą recekę „W Stronę Zmiany” napisałem do gościnnego podsumowania na Muzyce Nowaka.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Ziarno do ziarna, Spadam w górę
Djerv – Djerv
Na zdjęciu: Ola Gębicka
Interesowała Was kiedyś mitologia Egipska? Ciekawe było u nich to, że wyobrażali sobie poszczególnych bogów jako ludzi z głowami zwierząt. Że niby taka dwoistość charakterów. Agnete Kjølsrud – wokalistka Djerv – ładnie wpasowuje się w ten trend ukazywania ludzi pod postacią pół-zwierząt.
Ich debiutancki self-titled (epki demo nie liczę) wypełniony jest kuriozalnie przebojową muzyką. Na tle ciężkiego, walcowatego rocka z brutalnie przesterowanymi gitarami (całość nosi na sobie znamiona black metalu) pani Agnete wykonuje nieprawdopodobną ekwilibrystykę wokalną. Wrzeszczy, skrzeczy, rozbija uszy krzykiem i generalnie robi w mózgu niesamowity bajzel. Ale nie tylko – potrafi zaśpiewać czuło, kobieco delikatnie. Wciąż na tle gitarowego wariactwa. Słucham tego wciąż, wciąż i wciąż jestem tak samo wkręcony, jak po pierwszym odsłuchu. Chodzi ten krążek za mną, nie chcąc dać spokoju...
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Madman, Immortal
Fleet Foxes – Helplessness Blues
Na zdjęciu: Kaja Gębska
W czerwcowym numerze „Teraz Rocka” redaktorzy zrobili z „Helplessness Blues” album miesiąca. I jeszcze napisali w recenzji, że za taką muzyką „każdy od czasu do czasu zatęskni, choć może nawet nie zdawać sobie z tego sprawy”. Święte słowa. Fleet Foxes wykonują pełen gracji, smaku i wyczucia akustyczny folk. Ale bez trudu powinni trafić nawet do ludzi, którzy nie słuchają takich dźwięków na co dzień (patrz: ja) – ich motywy wokalne to abstrakcyjne piękno; urokliwość wyrażona dźwiękiem najlepiej, jak się dało. Klimat tworzony przez diamentowo brzmiące gitary jest nie do podrobienia, a wokalista dostał w genach kawał mistrzowskiego głosu. I wie, jak go używać, żeby wywołać ciary.
Do tego dochodzą rozmaite eksperymenty muzyczne z zadziwiająco bogatym instrumentarium oraz klimatem. Każdemu pewnie poszczególne utwory skojarzą się z czymś innym – Ty, Ty, Ty i jeszcze Ty sami sprawdźcie, jak zadziała na Was. Warto.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: The shrine/An argument, The plains/Bitter dancer
Kasabian – Velociraptor!
Na zdjęciu: N.
Niemal stuprocentowo spontaniczny zakup płyty (zanim z rozwianym włosem i pewnym siebie spojrzeniem wszedłem do Empiku celem dokonania zakupu, znałem dwa numery) objawił się niemal zupełnym brakiem pojęcia nt. tego, co będzie mnie czekać po odpaleniu „Velociraptor!”. Kasabianami nie interesowałem się zupełnie, stąd ich tegoroczne wydawnictwo zainicjowało naszą znajomość.
...and then I was like, DAMN PARALLEL UNIVERSES TRYIN' TA REACH ME, WAT
No bo poważnie, ten album w ciągu 50 minut z nim spędzonych niczym wirus oddaje innym światom kontrolę nad umysłem. Najlepsze, że żaden z nich nie jest przyziemny. Wszystkie schowane są gdzieś wysoko, ponad atmosferą. Naturalny haj? A proszę bardzo. Tytuły kompozycji obezwładniających klimatem można mnożyć. Nawet, kiedy grupa bawi się w „zwykły” rock, wyobraźnia cały czas pracuje na najwyższych obrotach. Bo tu rdzeniem jest właśnie rock, aczkolwiek z domieszką popu, syntetyków, programowanych perkusji, elektroniki i w zasadzie ch w czego jeszcze. Piękne rzeczy, naprawdę piękne.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Neon noon, Let's roll just like we used to
Neo Retros – Listen To Your Leader
Na zdjęciu: Katarzyna Lisowska
Panie i panowie, kobiety i mężczyźni, dziewczęta i chłopcy, zwierzęta i rośliny, chorzy i zdrowi, lamusy i fajni goście, nieudacznicy i wszyscy w tym podsumowaniu: oto jest album roku. Imigrant Skyboy w towarzystwie tajemniczych towarzyszy nagrał najfajniejszą płytę 2011. Z jednej strony masującą mózg i relaksującą obłędnie przerewelacyjnymi melodiami, z drugiej zaś porywającą do zabawy za pomocą skocznych rytmów. Obrazu całości uświetniają liczne eksperymenty (tu brawurowe dęciaki, tam plemienny rytm, tu pijany chórek, tam wah-wah, tu psychodeliczny jazz, tam uroczy klawisz w tle...). „Listen To Your Leader” nadaje się na każdą okazję – jest megauniwersalny, a z każdego jego oblicza przebija się dbałość, profesjonalizm, chęć grania. Każda minuta spędzona na słuchaniu owocuje dwiema kolejnymi minutami bezgłośnego wołania o więcej. Masakra, zajebistość, piękno, maestria, arcydzieło, o matko.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Domino effect, The sandman.


W takim razie jednak sprawdzę ten Kasabian przed rankingiem płyt z innych gatunków.
OdpowiedzUsuń na zawsze