Anthrax – Worship Music
Na zdjęciu: Patryk Kowalik 'Qdlaty'
Ostatnie lata dobre dla Wielkiej Thrashmetalowej Czwórki są. Slayer w 2009 wyrwał kręgosłup swoim „World Painted Blood”, Megadeth w tym samym roku wydał fajny „Endgame” – a w 2011 jeszcze dołożył do pieca (patrz trzy teksty dalej), Metalliki płyty nie słyszałem i usłyszeć nie zamierzam („Lulu” też nie), ale oni ze swoją renomą są ponad wszystkim. Do tego koncerty w Polsce... coś niesamowitego. I tylko Anthrax, którego z całej Czwórki akurat darzę największym sentymentem, dreptał w tyle za pozostałą trójką. Aż do wydania „Worship Music”. Co tu dużo kryć – chłopcy chyba już na dobre wrócili do thrashu. Dobrego thrashu. Jest tu wypierd, nieokiełznana agresja, rzeźniczo tnące riffy, parę blastów oraz REWELACYJNY Joey Belladonna. Możliwości wokalne tego człowieka są oszałamiające. On potrafi operować głosem w sposób idealny, a jego refreny są niemożliwie melodyjne. W ogóle „melodyjność” to słowo-klucz w definicji opisywanego krążka. Praktycznie każdy numer jest uzbrojony w jakiś popis, czy to wokalny, czy gitarowy, który urządza sobie w głowie lokum na czas nieokreślony. To chyba dlatego „Worship Music” tak wymiata.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Earth on hell, I'm alive
Arkona (Аркона) – Slovo (Слово)
Na zdjęciu: Kamil Krakowiak
I to jest właśnie ten moment, w którym żarty się kończą, moi drodzy. Аркона nie bierze jeńców – chyba, że na rollercoaster bez trzymanki i zabezpieczeń.
Ich muzyka capi trupem rozkładającego się, rosyjskiego poganina, który na miejsce wiecznego spoczynku wybrał sobie najbardziej obskórny kącik w jakiejś bliskowschodniej chatce będącej właśnie świadkiem hucznego weselicha. Generalnie – folk/black metal. Blasty, gitary, blasty, growl wokalistki (!!), blasty, instrumenty miejscowe dodające folkowego uroku, do tego blasty i jeszcze trochę blastów. A chwilę potem – nagła metamorfoza. Do głosu dochodzą klawisze. Wokalistka snuje piękne, pamięciolubne melodie (doskonały głos), a muzyka robi się bardzo przystępna nawet dla zwykłego słuchacza. Tak jakby ten martwy, obrzygany i już trochę rozłożony poganin wstał, odzyskał urok osobisty i poleciał w dalsze tany. Ktoś zdziwiony? Przecież to Rosja...
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Arkaim, Zimushka
Gooral – Ethno Elektro
Na zdjęciu: Katja
Kochane są te eksperymenty. Kto czyta niniejszego bloga przynajmniej trochę regularnie, ten wie, że z reguły kibicuję wszystkim, którzy mają odpowiednią wyporność jaj, aby skutecznie wymykać się sztywnym ramom gatunkowym. Gooral w Polsce bogiem owych eksperymentów jest, powiadam. Ten, wychowany na południu naszego kraju, producent podjął się szalonej roboty – zrobił album przenoszący muzykę góralską w nowoczesną otoczkę.
„Ethno Elektro” brzmi wyjątkowo. Na żadnej innej płycie charakterystyczne „góralskie” wokale ani instrumenty nie mieszają się z wariackimi drumami, wobble'ami, ośmioma bitami, dubem i w ogóle elektroniką. Jak udało mu się uchwycić ten etniczny feeling? Podróżując z laptopem i współpracując z góralskimi muzykami. Jedna z najciekawszych płyt, jaką mam na półce, a dzięki jej eklektyzmowi i uniwersalności wciąż lubię do niej wracać.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Karczmareczka, W moim ogródecku
Megadeth – TH1RT3EN
Na zdjęciu: Dominik Janiec
Ostatnie lata dobre dla Wielkiej Thrashmetalowej Czwórki są. Slayer w 2009 wyrwał kręgosłup swoim „World Painted Blood”, Anthrax ostatnio po długich latach milczenia dołożył do pieca znakomitym „Worship Music” (patrz trzy teksty wcześniej), a choć Metalliki płyty nie słyszałem i usłyszeć nie zamierzam („Lulu” też nie) – oni ze swoją renomą są ponad wszystkim. No a Megadeth po raz kolejny zaserwował nam dawkę kopiącego, naładowanego mocą thrash metalu. „TH1RT3EN” brzmi, jakby niektóre kompozycje chciały naładować wypierdometr do podobnych poziomów, co ultramegahiperturbo klasyczne klasyki z „Rust In Peace”, rocznik '90 (wiem, że niebezpiecznie zbliżam się do granicy dobrego stanu tym zdaniem, ale co z tego? Wolno mi). Najlepsze jest to, że paru z nich ta sztuka się udała. Już krótkie, szalone przejście w połowie open tracka (niestety, ogólnie dość słabym) zapowiada dużo frajdy. Która faktycznie jest obecna, bo spora część tracklisty wręcz wymusza podniesienie swojego dupska z wygodnego fotelu – w którym odbywa się odsłuch – na rzecz skakania i darcia mordy.
Album przykuwa ciekawym, stosunkowo lekkim brzmieniem. Gitary są na swoim miejscu, młócą i śmigają jak trzeba, ale już, przykładowo, perkusja, choć zawsze dobrze słyszalna, jest umiejscowiona trochę w tle. Zazwyczaj kosztem bassu, co bardzo mi odpowiada. Loudness war bez efektu loudness war – duży plus. Kolejny należy się za wysokie umiejętności muzyków, tandem Dave – Chris wypluwa nadzwyczajne solówki. Ale to wiadomo od zawsze, nie?
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Never dead, Whose life (Is it anyways?)
Asian Dub Foundation – A History Of Now
Na zdjęciu: Marcin Borkowski
Azjatyccy wrócili z nowym uszogwałtem. Zasadniczo dostaliśmy to samo, co na albumie „Punkara”, ale opakowane w dużo brudniejsze brzmienie i mniejszą przebojowość. Nie oznacza to wcale, że słucha się ich gorzej.
Niezobowiązująca elektronika, pop, dub oczywiście, rock, jungle, rap, reggae, dancehall, chillout, wszędobylska indyjskość (nie w sensie niezależności, tylko miejsca na mapie), conga (no dobra, nie conga, tylko dhol i tabla – większość osób i tak nie rozróżnia, w tym ja), do tego jakieś na oko 180 domieszek z różnych gatunków, których nie potrafię nazwać. Ale stały kompozytor grupy – Chandrasonic – potrafi. I w dodatku używa ich, tworząc niepowtarzalny, zwariowany koktajl dźwiękowy. Zaproszeni goście podnoszą atrakcyjność całości... miód! ADF, działajcie wiecznie!
SPRAWDŹ KONIECZNIE: A history of now, This land is not for sale
Yelawolf – Radioactive
Na zdjęciu: Marcin Półtorak
AAAAA, pomocy! Najpierw Wiz Khalifa zmutował w radiową, cukierkową pop-gwiazdkę, a teraz jeszcze to samo zrobił Yelawolf! Hip-Hop się kończy, nie ma ani jednego wartego uwagi rapera! :( :(
Ta. Jak tylko „Radioactive” wyszło, podniosło się larmo, że Yela uległ tak zwanemu „sprzedaniu się”. Że Eminem wymusił na nim zmianę stylistyki. Że Wilk już nie jest tym szalonym redneckiem. Że teraz nagrywa dla gimnazjalistek. I tak dalej. Ale szczerze – nawet, jeśli wszystko powyższe jest prawdą, nie zamierzam go skreślać. Gdyby nagrał CAŁĄ płytę w klimacie mdłej, radiowej papki – psioczyłbym, hejtował, bił ścianę ze złości (:O). Ale nie dość, że mamy tu dostatek tego, co w Yeli najlepsze (czyli wypełniające ponad pół tracklisty zdrowo poryte, urywające dupę numery), to jeszcze ta bardziej „radiowa” część albumu też się broni – tekstami, czasem klimatem oraz umiejętnościami wokalnymi Wilka z Alabamy, który ani na sekundę nie traci swojego kozackiego flow ani takiegoż głosu. Zaproszeni goście dodają smaku, a całość jest hitowa i niemożliwie się wkręca, permanentnie przyczepiona do moich słuchawek. Przecież o to chodziło.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: In this world, Whip it

Fajne ostatnie zdjęcie, hehe.
OdpowiedzUsuń na zawsze