Above & Beyond – Group Therapy
Na zdjęciu: Kasia eM
Terapia Grupowa. Cytując słowa, które możemy przeczytać we wkładce, tytuł płyty uzmysławia istnienie energii, która łączy wszystkich ludzi podczas słuchania muzyki. Tej konkretnie muzyki, która znajduje się na najnowszym wydawnictwie kolektywu Above & Beyond. A jaka to muzyka? Trance.
Blisko 80 minut albumu płynie w towarzystwie rozmarzonych sphere'ów, elektronicznych basideł, leniwych smyczków oraz... wokali. Bo większość utworów zawiera wielce udane popisy głosowe Zoë Johnston lub Richarda Bedforda. Brzmienie albumu jest pełne i dopracowane (zalecam dobre słuchawki, wtedy muzyka zmienia się w poezję), a fajna energia tak wszechobecna, że sam koncept Terapii Grupowej wydaje się wielce przekonujący. Obrazu całości dopełniają świetne instrumentalne skity, będące popisem umiejętności producenckich oraz samplingu.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Alchemy, Black room boy
St. Vincent – Strange Mercy
Na zdjęciu: Franciszek Leśniewski
39 II 2013
Moja Droga Wincencie,
Wybacz, że piszę Ci tak skrajnie, brutalnie dosłowne zdania. Ale muszę. Nie mogłem już dłużej znosić Twojego światopoglądu. Smuci mnie on wielce i martwi, dlatego też odczuwam konieczność podzielenia się z Tobą moimi obawami.
Twoje piosenki mogłyby brzmieć normalnie. Przecież one mają wszystko, co mogłoby z nich zrobić wielkie hiciory. Droga do rozgłośni radiowych stała otworem i naprawdę, Wincencie, nie rozumiem, dlaczego nie poszłaś tą drogą. Jest tu melodyjność, energia, miejscami piękny, kojący klimat. „Strange Mercy” to śliczna mieszanka popu z elementami rocka, lecz bardzo kobieca. Podoba mi się, że ukazujesz na niej swoje wnętrze i targające Tobą emocje.
Ale, cóż. Sęk w tym, że Twoje piosenki nie brzmią normalnie. Ty, Wincencie, też nie jesteś normalna. Te wszystkie efekty deformujące dźwięk tak, że nie da się wychwycić ani jednej nuty z bezkresnego szumu i buczenia – po co to? Te zakręcone brzmienia, w mgnieniu oka zmieniające klimat z sielankowego na niespokojny, psychodeliczny? Po co? Twój uroczy, zniewalający głos na takiej noise'owej, przesterowanej, odrealnionej muzyce brzmi pokracznie!
Nie jesteś normalna, Wincencie. Jest mi z tego powodu bardzo przykro. Ale proszę Cię o jedno. Jeśli chcesz, bym dalej trwał w zachwycie nad Twoją muzyką... nie normalniej.
XYZ.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Northern lights, Hysterical strength
Black Country Communion – 2
Na zdjęciu: Iza Pietras
Siema, nazywam się Glenn Hughes. Bardzo mi miło, że tak licznie przybyliście na to podsumowanie końcoworoczne. Pozwólcie, że wam się przedstawię. Nazywam się Glenn Hughes. Najlepsze we mnie jest to, że – choć mój sześćdziesięcioletni organizm jest już srogo zniszczony intensywnym życiem rock'n'rollowca – wciąż mam wigor i świetną pamięć. Pamiętam te wszystkie klasyczne zespoły – Deep Purple, Black Sabbath, Led Zeppelin... I doszedłem niedawno do wniosku, że dziś już nikt tak nie gra. Pozwólcie, że się przedstawię. Jestem Glenn Hughes. Z moim zespołem (super grupą w zasadzie), Black Country Communion, nagraliśmy już drugi album. A powstaliśmy rok temu. Dobre tempo, co? Jak dobrze, że mam taką pamięć! W każdym razie: nasza muzyka wskrzesza ducha starych zespołów. Deep Purple, Black Sabbath, Led Zeppelin... wiecie, o co chodzi. Gramy tak, żeby tamten klimat przenieść w nasze tysiąclecie. I wychodzi nam to bardzo dobrze, bo „Dwójka” jest pełna rocka, który spodoba się wszystkim uwielbiającym tamten okres w muzyce gitarowej. Mam świetną pamięć i nazywam się Glenn Hughes. Bardzo mi miło, że autorowi tego bloga spodobał się mój album i jestem jego ulubionym wokalistą. A wiedzieliście, że mój sześćdziesięcioletni organizm jest już srogo zniszczony intensywnym życiem rock'n'rollowca?
SPRAWDŹ KONIECZNIE: The outsider, An ordinary son
Dwazera – Płyta Z Czarnych Płyt
Na zdjęciu: Magda Gołębiowska
To nie jest najlepsza płyta rap z Polski. Najlepszą zrobili B.O.K. Nie ma też na niej idealnej chemii, gdyż ta występuje na „Z Ostatniej Ławki”. Ale to właśnie „Płyta Z Czarnych Płyt” w ogólnym rozrachunku zabrała mi najwięcej czasu i z nią wiążę najwięcej świetnych wspomnień. Urzeka jej klimat – brudny, oparty na ciężkich samplach (te perki!), ale z drugiej strony trochę odrealniony. Nastrój jest w zasadzie podobny do tego na „Uwolnić Umysł” Tusza z tym, że tam wszechobecność nocy osiągnięta została wtyczkami. Tutaj zaś są cięcia. Co warte uwagi oraz propsa – gęsto występują polskie sample.
MCs ładnie płyną po tych podkładach, choć wyluzowana, stroniąca od zaawansowanej techniki nawijka nie każdemu przypasuje. Ja tam ich lubię – świetnie dopasowują się do bitów i klimatu, a o to przecież na PZCP chodzi. Dobrze też usłyszeć dograne instrumenty (panowie, te basiory młócą niesłychanie). Wszystko to razem składa się na udany, zajawkowy projekt.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Może za jakiś czas, Widzę gwiazdy
The Throne (Jay-Z & Kanye West) – Watch The Throne
Na zdjęciu: Łukasz Krogulec
Pamiętam, jak jeszcze latem nostradamusmowaliśmy ze znajomymi, że ta płyta NIE MOŻE być dobra. Po prostu nie może. Bo pierwszy singiel (Thank God, bonus track koniec końców) słaby, bo Jay-Z na pewno będzie miał ten projekt w dupie, bo Kanye po MBDTF pewnie też... i takie tam. ALEŻ GŁUPI BYŁEM.
Ubiegłoroczne solowe (buahahah) dzieło Kanyego Westa znajduje się kilka poziomów wyżej, niż WTT. Ten drugi album nie wymiata aż tak okrutnie, jest dużo mniej przebojowy, nie tak melodyjny, zdecydowanie mniej tu przepychu. Ale z drugiej strony, zdecydowanie przebija poprzednika (patrząc na dyskografię Zachodniego, oczywiście) różnorodnością i... trudnością. Hitowość? Jasne, że obecna – ale kilka pierwszych odsłuchów płyty jest powolnym wkręcaniem i przekonywaniem się. Wcale nie jest tak łatwo przyswoić całość od razu, bo „Watch The Throne” najlepiej brzmi nie jako jeden organizm, a zbiór tracków odpalanych wedle życzenia od czasu do czasu. Nie każdemu taki rozstrzał stylistyczny podejdzie tak samo, innych z kolei odrzuci w ogóle. Ale pewne jest jedno: czy słuchamy oldskulowo brudnej, tanecznej perkusji („That's my bitch”), dubstepu („Who gon stop me”), samplowanych popisów Otisa Reddinga („Otis”), nastrojowego odlotu („No church in the wild”), zamulacza („New day”), czy masakrującego natłoku dźwięków („Why I love you”) – mamy do czynienia z najwyższą jakością.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Who gon stop me, No church in the wild
Stare Dobre Małżeństwo – Maszeruj Z Chamem
Na zdjęciu: Gnuśny Badyl
Zaiste wyśmienita to nowina, że ludzie się starzeją. Że smarkacze zbierają coraz to większe bagaże doświadczeń. Jezu, jak się cieszę, cytując klasykę.
Mój pierwszy kontakt z muzyką SDMu nie był jakoś przesadnie nacechowany pozytywnymi emocjami. Do dziś opuściły moją głowę tak nieistotne fakty, jak dokładny wiek czy okoliczności owego kontaktu – ważnym jest, że odrzuciło mnie w tym zespole wszystko. Począwszy od nazwy, idąc przez teksty, kończąc na samej muzyce. Cóż. Mój wiek można było wówczas zapisać jedną cyfrą i zdawało mi się wtedy, że nigdy nie pojmę, co takiego moi rodzice widzą w tych dźwiękach. Na szczęście czas obszedł się dość brutalnie z moją awersją do poezji śpiewanej, dzięki czemu dziś z czystym sumieniem wysoko plasuję „Maszeruj Z Chamem” w niniejszym rankingu. Bo to dobry album – wiele tutaj chwytliwych melodii i pięknego klimatu, a znalazło się także miejsce na trochę eksperymentów wyrażonych nietypowym, jak na SDM, instrumentarium. Zdaję sobie sprawę, że dla większości czytelników tego bloga „Maszeruj Z Chamem” leży daleko poza horyzontami tolerancji muzycznej, ale... jeśli lubisz mieszankę gitar, banjo, skrzypiec i mandoliny, nie boisz się poezji śpiewanej, a chcesz posłuchać muzyki granej przez znający się na rzeczy zespół, polecam.
SPRAWDŹ KONIECZNIE: Tęsknota boli, Blues nocy bieszczadzkiej

niezłe :) zapraszam na mojego bloga po tekst o Above & Beyond jak coś ;) pozdros
OdpowiedzUsuń na zawsze