środa, 28 grudnia 2011

Podsumowanie 2011 Część 1: Płyty FAJNE

Fokus – Prewersje

Na zdjęciu: Tymoteusz Osóbka

Siema, Fo. Bardzo fajne, że znów robisz rap.

Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – „Alfa I Omega” to doby album był. Bardzo pasowało mi jego wykręcone, chore brzmienie i dzięki niemu ten (trzyletni już) projekt nie schodził z moich słuchawek przez długi czas. „Prewersje” już tak nie ociekają koksem – są spokojniejsze, bardziej stonowane. Fokus dorósł!, chciałoby się zakrzyknąć. A po co?, chciałoby się odpowiedzieć. Jeśli ta „dorosłość” ma się opierać na przenudnych bitach Returnersów, to ja dziękuję – przecież oni są (albo byli...) WSZĘDZIE, jak ktokolwiek może jeszcze ich lubić?

Na szczęście reszta „Prewersji” stoi na co najmniej niezłym poziomie. Chęć powrotu do przeszłości przejawia się jeszcze we „Wszystko będzie dobrze” przypominającym „Są dni” z pierwszego Kodexu... ale kto by się tym przejmował, skoro niedaleko leżą takie kozackie kozaki, jak „Lubisz to” (ten bit to raport ze świrowni, totalnie), odjechane „6ścian”, pięknie luzująca „Definicja”, czy gwałcący mocnym przekazem uszy track tytułowy. Tutaj popisał się nawet MARNY SKRZYPCOGRAJ ZA 2 GROSZE, którego podkłady na ogół średnio lubię, a tego akurat mogę słuchać w kółko. To chyba najlepiej świadczy o mocy tej płyty. Good job, Wojtek.

SPRAWDŹ KONIECZNIE: Prewersje, V.I.P.

Foo Fighters – Wasting Light

Na zdjęciu: Ola Zaczkowska

Czarnuchy z Foo Fighters z uzdolnionym, acz niemającym na koncie współautorstwa żadnej klasycznej płyty Dave'm Grohlem nagrali nowy album. Singiel „Rope” był tak obezwładniająco żałosny, że wręcz nieprzyzwoicie niemożliwym wydawał się wysoki poziom całego „Wasting Light”. Grohl i reszta na szczęście mają jednak trochę skrzywione poczucie przyzwoitości, co pozwoliło im nagrać dosyć fajny krążek!... Chociaż cały czas nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta muzyka nadaje się wyłącznie do samochodu, na koncert, czy jako miłe granie brzdąkające w tle podczas imprezy. Bo kompozycyjnie jest słabo. Chwytliwa melodia występuje sporadycznie, prawie wszystkie kawałki generują moc przez jednostajne szarpanie strun – dlatego często masakra ustępuje miejsca potwornej nudzie. Pojmujecie tragizm sytuacji? Płyta rockowa, która jest nudna!

Jednak tej teorii przeczą dwa bardzo ważne argumenty. Pierwszy: nie dla każdego ta prostota musi być wadą – tym bardziej, że w pewnych okolicznościach (wymienionych wyżej; do listy śmiało można dodać bieganie/jogging, jak ktoś lubi) zupełnie nie przeszkadza. I drugi, ważniejszy: znalazły się na tym albumie kompozycje, które udanie ratują całość. Przede wszystkim fenomenalny „Bridge burnin'”, który świetnie nakręca tracklistę, „Arlandia” (chords!), „These days” (ma magię i klimat, w przeciwieństwie do dwóch ostatnich numerów) oraz „A matter of time” (za intro głównie, no ale). I „momenty” paru innych kawałków.

PS. Serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy łyknęli prześmieszną prowokację z pierwszego zdania. Przecież wiem, że Foo Fighters nie są czarni.

SPRAWDŹ KONIECZNIE: Bridge burnin', Arlandia


I See Stars – The End Of The World Party

Na zdjęciu: Mój pies

Żaden z moich znajomych nie chciał zdjęcia z tym albumem. I w sumie im się nie dziwię. I See Stars to jeden z tych zespołów, do których potrzeba albo wieku podstawówkowego (najlepiej w połączeniu z byciem dziewczyną), albo dużego dystansu. Patrząc na swój świeżutki, jeszcze ciepły dowód (wołaj mi obywatel RP!) odnoszę niezaprzeczalne wrażenie, że u mnie za nieodrzucenie „The End Of The World Party” odpowiada dystans.

Zacznijmy od podstawowej rzeczy: ta muzyka przekracza większość granic dobrego smaku. ISS (chyba żaden z szóstki tzw. muzyków nie ma więcej niż 20 lat, wszyscy za to śmigają z długimi kłakami, żeby było straszniej) otwiera swój album dubstepowym wobble'm (!) na tle wściekłego wrzasku kojarzącego się z black metalem. Drugi wokalista operuje już głosem zupełnie innym – miłym, dziecięcym śpiewkiem. Fan Biebera? Obaj wokaliści są zresztą żałośnie beznadziejni.

A dalej jest jeszcze zabawniej. Niby podstawą brzmienia jest rock, ale dzieją się tu cuda. Są klawisze i syntetyki, ale nie mocne, nie jajcarskie, nie elektroniczne – takie radiowo nijakie. Do tego dyskotekowe motywy (!), hand clapy na dwa (!!), air horny (!!!), auto-tune (!!!!) i cała gama innych sztuczek studyjnych w stylu klejenia/zwielokrotniania wokali czy nagłych pauz, przerw, automatów oraz efektów. Generalnie: żeby nie odbić się od tej muzyki trzeba mieć albo jajca ze stali, albo nie mieć ich wcale (he he). Sam pomyśl, Czytelniku, który z tych warunków powoduje u mnie poprawienie humoru i megagigantyczny uśmiech za każdym razem, kiedy słucham „The End Of The World Party”. Choćby w najgorszy dzień.

SPRAWDŹ KONIECZNIE: The end of the world party, Upside down


Skor – Dwie Strony Mocy

Na zdjęciu: Sikora

Problem nie lada mam z nowym projektem Skora. Ten dobry, uznany MC (działa między innymi w trójmiejskim składzie SumaStyli) ma szereg zalet takich, jak:

Wyrobiony, pewny głos oraz zacna dykcja;

Ukształtowane flow i technika;

Umiejętność panowania nad mrocznym, miejscami smutnym klimatem.
Niestety jednak klasa Skora jako rapera blednie w obliczu jego wad, ponieważ:

Nie ma on ucha do bitów;

Nie ma on ucha do bitów;

Nie ma on ucha do bitów.

Poważnie rozważałem umieszczenie „Dwóch Stron Mocy” wyżej w tym rankingu, ale ostatecznie nie zrobiłem tego. Ta płyta zabrała mi za mało czasu – mimo że bardzo podoba mi się jej nastrój. Przykro słuchać, jak co najmniej solidny raper nie jest w stanie przebić się przez beznadzieję wybranych przez siebie bitów. Zbyt głośne/płaskie perki, zły dobór dźwięków/barw, handclapy czy ogólna biedota brzmienia są tutaj na porządku dziennym.

Szkoda. Jeśli podobają Ci się wyczyny SumyStyli (ich nadwornym producentem jest Kris – ten z kolei umie dbać o brzmienie, czemu jego bitów nie ma na „Dwóch Stronach Mocy” więcej?), a nie przeszkadzają Ci tony błędów w warstwie muzycznej, sprawdzaj śmiało. Reszcie, w tym mnie, zostaje czekanie na kolejny album Skora.

SPRAWDŹ KONIECZNIE: Dwie strony mocy, Trzęsie się

VA - Grube Jointy II

Na zdjęciu: Łukasz Buczek

Grube jointy – czyli sporo numerów do słuchania bez jarania, jeszcze więcej numerów do słuchania po jaraniu... i niestety dużo numerów tak słabych, że bez jarania wręcz nie do słuchania. Mogło być lepiej, chociaż tragedii nie stwierdza się: parę utworów miecie dosyć solidnie. Więcej w [recenzji].

SPRAWDŹ KONIECZNIE: Kontrkultura, Podróże z marią

VA - Popkiller Młode Wilki

Na zdjęciu: Aga M

Medium, Białas, Gedz, Bonson, Vixen, Shot, Bisz, Tusz Na Rękach, Kaiteu, Śliwa, Rekord, Green. Czyli Popkiller wystawia zawodników na front. Dwunastu gości o dwunastu różnych stylach. Co uważam o takiej konfiguracji napisałem kiedyś w spontanicznej [notce], a tutaj dodam tylko, że zdania nie zmieniam: do dziś słucham tego składaka z przyjemnością. A „Na front” to kozak przeokrutny, rzekłem.

SPRAWDŹ KONIECZNIE: Życie kręci się jak Vestax, Hajlajf

1 komentarze: