niedziela, 20 listopada 2011

Świat bez głosu

Świat muzyki jest piękny. Ta mnogość gatunków, form, instrumentów... coś niesamowitego! Tak wiele uczuć ubranych w tak niewiele środków, bo tylko w nuty. Nuty składające się w akordy, akordy składające się w tematy, po których można bez pudła odgadnąć, jaki nastrój miał kompozytor/muzyk/producent, tworząc daną melodię.

Niestety nie wszyscy tak potrafią. Czasem dochodzi do tego wszystkiego jeszcze wokal. Może być to śpiew, growling, rap – co komu pasuje. Obecność ludzkiego głosu w piosenkach niesie jednak kilka poważnych problemów.

Na przykład słowa. Odnoszę wrażenie, że teksty utworów często dzielą ludzi dużo skuteczniej, niż odróżnianie od siebie poszczególnych gatunków. Przykład? Coma. Taki polski zespół. Na bank gdzieś słyszałeś tę nazwę. A pamiętasz jeszcze filmik użytkownika YouTube posługującego się pseudonimem GrizzMK? I to zdanie „Teksty Comy mają głębokie dno. Drugie dno.” Ty ich nigdy nie zrozumiesz.

Co Tobie, drogi słuchaczu, pozostaje w takiej sytuacji? Śmiać, czy się ciachać? A może pójść trzecią drogą: wyobrazić sobie świat muzyki... bez wokalu? Czy takiej muzyki jeszcze ktokolwiek by chciał słuchać?

Problematykę słów – i nie tylko, bo ogólnie wokalu – usystematyzujmy sobie za pomocą podręcznikowego dzielenia świata na plusy i minusy.


Drogie dzieci, postawcie w zeszytach znak krzyża, tylko bez tego wielkiego drągala na dole, i zapisujcie, co wam dyktuję:

+ Częściej unikano by monotonii. Z doskonałym przykładem rychło bieży ubiegłoroczny Wielki Powrót grupy Skunk Anansie, który dokonał się za pośrednictwem albumu „Wonderlustre”. Przebrnięcie przez całe wydawnictwo za jednym razem było dla mnie prawdziwą męką, właśnie przez teksty. Co prawda warstwa muzyczna na „Wonderluste” to prawdziwy majstersztyk – wykop, jajca, energia, miejscami zaskakujące aranżacje, wykonanie na wysokim poziomie. Pani wokalistka (Skin) głos także ma pierwszorzędny. Ale co z tego, że jej mikrofonowe akrobacje powodują u mnie ciary, skoro właśnie słyszę jedenasty (z dwunastu wszystkich) kawałek o podobnie ujętej miłości? Porzygać się idzie, zresztą mogłem się domyślić, że będzie ciężko – patrząc na same tytuły tych piosenek. Jasne, na koncercie nikt normalny wśród szaleńczego skakania nie będzie się wsłuchiwał w lyricsy, ale siedząc ze słuchawkami na uszach i czytając teksty z książeczki nachodziła mnie chęć przełączania tych kawałków po pierwszej zwrotce. NIENAWIDZĘ, kiedy ktoś nie potrafi się pohamować w kwestiach wywracania swojego serca na lewą stronę w utworach. I jeszcze narzuca mi swoją wizję (samo zjawisko jest spoko, ale nie w połączeniu z opisywaniem miłości). Zabiła mnie zbytnia przewidywalność połączona z tematyką, której nie trawię.

+ Nikt by nie narzekał na barwę głosu ani brak umiejętności wokalistów. Są miliardy ekip, które grają świetne numery, a Ciebie odrzucają tylko i wyłącznie ich „wyjcowie”. Przypomnij sobie. Ty też na pewno takie znasz. Pół biedy, gdy śpiewacze, powiedzmy, nie mieszczą się w rytmie, bo to jest do nauczenia z czasem. Większy problem generuje barwa – jej się raczej zmienić nie da, a na modulację wbrew sobie chyba żaden wokalista się nie porwie. Podręcznikowym schematem takiej sytuacji jest Axl z Guns N' Roses, którego – pomimo zacnych umiejętności – wiele osób nie może słuchać z uwagi na wysokość śpiewu. Łącznie ze mną. Wszelkie wysokie głosy to temat rzeka, swoją drogą. Trzeba kosmicznego skilla, żeby rzucić dobrym, przykładowo, falsetem, ale ciężka praca włożona w szkolenie się w tym kierunku nie zawsze daje sukces. I znów: Ty też pewnie falsetu nie trawisz. A jak nie Ty, to jeden z dwóch-trzech następnych ludzi, którzy przeczytają ten tekst. Idę o zakład.

A słyszałeś Nicka Littlemore, który momentami brzmi jak ryczące dziecko?

Albo jeszcze Nosowską, ze swoją przykrą, asłuchalną chrypą? Jezu.

+ Zniknąłby problem z tekściarzami bez umiejętności. Napisać dobre, mądre słowa do muzyki, które jeszcze byłyby niebanalne i mogły się ułożyć w fajną melodię, to kawał sztuki. Zwłaszcza, jeśli narzędziem jest mało melodyjny język polski. Wyobraźcie tylko sobie: czy świat bez „nie potrafię PALCY kłaść na keyboard” w wykonaniu W.E.N.Y albo „Jeżdżę po mieście królem skuterów / Mój skuter kapie od bajerów” Sidney'a Polaka nie byłby dużo lepszy od obecnego? Drodzy panowie, litości. Żeby było jasne – nie neguję ich umiejętności, wybrałem pierwsze lepsze przykłady, jakie zapadły mi w pamięć. Takie pojedyncze wpadki, rażące wybitnie daleko posuniętą prostotą. Lub ignorancją.

Z drugiego frontu atakuje grafomania. Czyli przesada w przeciwną stronę. Tutaj na szczęście zabraknie przykładów, gdyż: po pierwsze – mnie by było przykro coś takiego pisać; po drugie – Tobie z całą pewnością nie chciałoby się tego czytać. A poważnie, to zbyt mało przykładów grafomanii słyszałem, aby móc należycie ukazać całe piękno jej niepowtarzalnego uroku.

+ Nie byłoby tego wszędobylskiego autotune'a. Kurwa. Jasne, że słuchanie Kanyego Westa wyczyniającego z tą wtyką cuda, czy też T-Paina składającego eleganckie autotune'owe akordy jest co najmniej satysfakcjonujące. Ale jeśli z głębokich rowów oceanicznych pamięci wygrzebiemy niedawne psikusy w stylu „Wet” Snoop Dogga albo „Amplifikacji” Rahima, robi się niewesoło. O radosnych wyczynach Pezeta już nie mam siły pisać. Albo Solara z Białasem. Jestem zdania, że autotune powinien być używany: tylko i wyłącznie z głową, tylko i wyłącznie przez co najmniej średnich wokalistów, tylko i wyłącznie przez ludzi z mózgiem do melodii oraz tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jego brak by zaszkodził. Sytuacja niespełniająca wszystkich tych warunków nie wchodzi w grę. ANI JEDNA! Howgh, rzekłem.

A teraz oddzielcie to wszystko grubą kreską, i zapisujcie od mylśników wady:

- Razem z beznadziejnymi wokalistami w niebyt odeszliby ci genialni. Przecież takie osoby jak na przykład Glenn Hughes (obecnie Black Country Communion, niegdyś między innymi Black Sabbath i Deep Purple), Agnete Kjølsrud (Djerv), Bruce Dickinson (Wiadomo, a jak nie, to Iron Maiden) czy – z naszej ławki przed szkołą – Jakub Sienkiewicz regularnie dostarczają orgazmu usznego zmysłom szarego plebsu. Szkoda byłoby ich stracić ze świadomością, że nigdy więcej nie będzie nikomu dane usłyszeć ich wokalu. Bez zbędnego rozwijania się – bo przecież jest zrozumiale – przechodzimy dalej.

- Producenci z płaczem przyjęliby fakt nieistnienia wokalistów. Niektóre kawałki po prostu wymagają głosu. Czegoś, co by je podkreśliło. Czegoś, czego w nich po prostu brakuje. Nie zawsze musi być to śpiewany tekst – czasem wystarczy ścinająca z nóg wokaliza, aby numer zyskał pazur. Próbowaliście sobie wyobrazić projekt „W Stronę Zmiany” B.O.K bez cichutkiego głosu Kaya w tle („To jest przyszłość”)? Albo smutaska „Victim” Avenged Sevenfold, w którym zabrakłoby tego wycia wokalisty – Shadowsa? Najwięcej problemów mieliby chyba producenci rapowi – porażająca większość z nich jest przyzwyczajona do bitów opartych na krótkich pętlach, które dopiero później swoją nawijką ubarwiają MCs. Gdyby każdy z nich miał wymyślać tysiące nowych brzmień, barw syntezatorów, motywów, cięć i rytmów, żeby ich bity nie były nudne, z pewnością wielu by odpuściło. A wtedy życie byłoby uboższe o parę świetnych podkładów opartych na pętlach. Z jednej strony, może to dobry pomysł, bo zmusza do kombinowania i rozwijania się. Ale z drugiej... wiadomo.

- Ciężko byłoby zawrzeć jakikolwiek przekaz w muzyce. Jak kto jest pomysłowy, to sobie poradzi. Może wokół swojej muzyki zbudować symbolikę uciekając się do takich środków, jak korzystanie z odpowiednich sampli, odniesienia, follow-up'y, barwy wtyczek/instrumentów, czy nawet bezczelnie prostolinijne zatytułowanie utworu tak, aby słuchacz wiedział, co producent miał w głowie. Co jednak z resztą, która nie ma smykałki do takich zabiegów? Z producentami, którzy wolą odezwać się do znajomego wokalisty, albo woleliby sami zaśpiewać? Poza tym, jak kiedyś mądrze rzekł Łona „Slowa pozwalaja na dolsownosc” (i rzekł to bez polskich znaków w dodatku), więc wyczyszczenie z nich muzyki dałoby tysiące hektarów pola do snucia domysłów. Nie wszystkim na tym zależy.

Już? No, to może teraz podsumowanie tego bezcelowego bełkotu.

Wszystko wskazuje na to, że – niespodzianka! – prawda, jak zwykle, leży pośrodku. Czasem faktycznie śpiewacy zasługują na szybki odstrzał, ale w wielu przypadkach nie można by się było bez ich obejść. Myślę, że ludzie (znaczy, zwykli słuchacze) nie mieliby ochoty na słuchanie wyłącznie muzyki instrumentalnej. Są przyzwyczajeni do wokalu. A jeśli chodzi o mnie? Cóż, przyznam szczerze, że brak słów i głosu w muzyce zbytnio by mi nie przeszkadzał. Nie lubię się na nich skupiać – zdecydowanie wolę poświęcać całą uwagę warstwie muzycznej. Ale pewnie od czasu do czasu zatęskniłbym za czymś w stylu absolutnie obłędnego „Mykonos” Fleet Foxes...


0 komentarze:

Prześlij komentarz