poniedziałek, 7 listopada 2011

101 Decybeli - Pomiędzy Bitami [recenzja by eNOIDe + Lite]

Od jakiegoś czasu zdarza mi się przeżywać dzień świstaka. No poważnie, jak w tym filmie. Budzę się codziennie o tej samej porze, w radiu leci zawsze ten sam numer (albo przynajmniej wszystkie brzmią jednakowo), karmię się tym samym śniadaniem, idę do szkoły tą samą trasą, na tym samym moście mijam tego samego gościa w tych samych okularach i w tym samym do obrzydzenia szerokim dresie Stoprocent (ale idzie do konkurencyjnego liceum, więc brak gustu jest u niego normalną sprawą)... i tak dalej. A wieczorem zakładam te same słuchawki i włączam NOWY album producencki. Z dziennikarskiego (buahah) obowiązku, ale też z czystej jak Deluxe ciekawości.

I tu następuje nieoczekiwany zwrot akcji. Wszystko brzmi świeżo. Czysto. Patenty na bity – rewelacyjnie, nieoklepane. Pan producent co chwila zaskakuje ciekawymi smaczkami, eksperymentami. Syte bangery stoją tuż obok pięknych, melancholijnych melodii.

I wiecie co? Naprawdę tak miałem. Miło mi ze spokojnym sumieniem stwierdzić, że, na Madliba, miałem tak!

Tylko już nie pamiętam, kiedy. Dwa, może trzy lata temu...

Z czym miałem do czynienia, odpalając płytę „Pomiędzy Bitami”? Z szesnastoma trackami składającymi się na 57 minut niesatysfakcjonującej, ale mimo wszystko chwilami błyskotliwej muzyki.

Jako pierwsze napad na moje uszy zorganizowało krótkie intro. Ta nieco ponad minuta dźwięków to najlepsze, co mnie czekało przez kolejną godzinę poświęconą na odsłuch. Z jednej strony fajnie, że album otwiera taki grubaśny bass, mocna pera, klimatyczny sampel oraz udane przejście, ale z drugiej – szkoda, że tak krótko to trwało.

Później działo się różnie. Naprawdę mocne kawałki były w zdecydowanym odwrocie, ustępując miejsca beznadziejnemu brzmieniu (tu na hejta zasłużyło sporo tracków, na czele z „Krągiem”), niedopracowanym perkusjom („Na 101” - jakby mnie ktoś zapytał, czy ktokolwiek na świecie mógłby zrobić aż tak żałosne bębny, to bym bez zastanowienia odpowiedział, że nie. 101 Decybeli wyciągnął mnie z błędu, dzięki), brakiem jaj (singlowe „Pracuj” rozbawiło niezmiernie, przecież to powinno mieć moc wkurwionej armaty, a generuje mniej energii niż martwe ciało Amy Winehouse), zbyt znanymi samplami („Kurz” i „Wena” zaświeciły najlepszymi przykładami), czy też nieumiejętnością cięcia ich (z „Nie wiem” miał wyjść chyba chwytliwy numer, co?). Na szczęście z satysfakcją odnotowałem także pozytywne strony niektórych bitów. Bardzo spodobał mi się białostocki numer „Uczą nas” (drugi najlepszy z całego albumu), z klimatycznymi syntetykami. Udało się mu wywołać nawet chwilowe ciary na mojej skórze, i w takich klimatach chętnie usłyszałbym więcej bitów Stojedynki. Miło było też wyczaić próby ułożenia jakiejś sensownej melodii w „Nie zatrzymasz mnie”. Sympatycznie zaprezentował się utwór Racy, bo miał GITARĘ, która wygenerowała genialny nastrój. Z kolei winy wspomnianych wyżej „braków jaj” skutecznie odkupiła „Magia kina”.

Niestety, to tyle. Zdejmując słuchawki po zakończonym odsłuchu, czułem niedosyt. Dostałem niedopracowany produkt – tylko do dwóch numerów („Intro” i „Uczą nas”) nie mogłem się przyczepić, bo grało w nich wszystko. Reszta była bardziej lub mniej najeżona niedoróbkami i nieprzemyślanymi zabiegami. Rozmyślając, czy to z połową polskich producentów popełniających podobne błędy jest coś nie tak, czy ze mną, zadzwoniłem do Lite'a, żeby zapytać go o jego opinię na temat „Pomiędzy Bitami”.

Długie negocjacje odnośnie wierszówki (studiuje dziennikarstwo to się zaczął cenić, zjeb) zakończyły się sukcesem. Co powiedział? Że w dupie ma bity, choć to album producencki. Że przecież już wszystko powiedziałem, to co się będzie powtarzał. I co tam dalej? Aha, raperzy. Co z nimi? Są niedobrzy. Przynajmniej na tej płycie. A właściwie na prawie każdym materiale producenckim. Jak zwykle banda MCs wziętych od czapy. Totalne noname’y, undergroundowi raperzy, mainstreamowcy z nazwy, nie z poziomu, no i parę gwiazdorów, którym albo zapłacono, albo są ziomami, no to się dograli. Pewnie w jakiejś informacji prasowej – ciągnął dalej – napisano, że to „wybuchowa mieszanka”, czy tam inny „koktajl Mołotowa rzucony w Twoje osiedle”. A prawda jest taka, że to nuda przenajświętsza bez żadnej dobrej zwrotki (no, prawie). Nawet jeśli komuś się udało, to udało się na tle reszty, nie na tle swoich wcześniejszych dokonań. No bo chyba nikt nie powie, że Zeus, VNM, Proceente, Diox, czy Pyskaty choćby w jednym wersie zbliżyli się do poziomu prezentowanego na swoich wydawnictwach? Okej, Raca dał radę. I może jeszcze Człowień i Hukos z Cirą. Poza tym? Słabo, serio. Tu urwał wywód i rzucił naprędce „to pięć Noid, jesteśmy w kontakcie”. Łony się nasłuchał, głupi gimbus.

Generalnie zgodziłem się z jego zdaniem (choć nie do końca, Gedz przed nagraniem intra przyzielenił chyba najlepiej w życiu i dostał takiego wajbu że whoa – ale to wyjątek). „Pomiędzy Bitami”, choć początkowo jawiło się jako niezły projekt, ostatecznie wypadł przeciętnie. Nie jest fatalnie... ale polski rap nie potrzebuje TYLKO niefatalnych płyt. Potrzebuje lepszych.

0 komentarze:

Prześlij komentarz