
„Z Dala Od Zgiełku”. Bardzo ładny tytuł, naprawdę – w dodatku adekwatny do spokojnej zawartości krążka. Szkoda jednak, że jest zarówno „Z dala od zgiełku”, jak i „Z dala od najwyższej półki”.
Chwilowym punktem wyjścia niech będzie poprzednie wydawnictwo Azji (spontanicznego – jak mniemam – bootlega nie liczę), „Makrokosmos”. Wielce udany to album, umilił mi niemało godzin pieszych wycieczek. Nawet kilka razy podzieliłem się nim ze znajomymi. Przekatowałem „Makrokosmos” solidnie, dzięki czemu dziś jest jednym z moich ulubionych polskich podziemnych rap-wydawnictw. Życie jednak uczy, że po każdym zajebistym projekcie następny musi być gorszy. I choć „Z Dala Od Zgiełku” trzyma poziom, potwierdza tę przykrą regułę.
...no poważnie?
Przede wszystkim mocno doskwiera brak Dż.ony'ego, który, produkując większość tracków z „Makrokosmosu”, wzniósł tamten projekt na wyżyny kozackości. Tym razem o dobro naszych uszu dbają niejacy Kudel, Dżemas, Jarza, Kroz, Oer, Benon, Mr. Ed oraz DJ Bajer.
No i jest z tym problem, gdyż ciężko mi stwierdzić, czy panowie zaliczają więcej wzlotów, czy upadków.
Znaczy, umówmy się tak – Oer jest i zawsze będzie bezbłędny. Wiem, że to zdanie śmierdzi tanim psychofaństwem, ale co poradzę? Jego singlowa wersja „Serwus” czaruje genialnym cięciem, „W drodze” oraz „Nic więcej” to z kolei popisy rewelacyjnego brzmienia, a track tytułowy w ogóle rozpierdala pod każdym względem – i obłędnego klimatu, i świetnego doboru dźwięków, i solówek (!), i wchodzącego do głowy tematu, i nawet fletu, który dograł Benon.
Z innymi producentami jest już różnie. Mieszane emocje zostawia Jarza – „Taki nawyk”, choć do porzygu konwencjonalny, brzmi w gruncie rzeczy dość sympatycznie dzięki ładnie pociętemu samplowi oraz beztroskiemu klimatowi. „Gringo” zaś to, dla odmiany, chyba najgorszy bit 2011. Nie dość, że sampluje „I need a dollar” (co?...) to jeszcze nie robi z tym samplem niczego konkretnego – zamiast jakiejś fajnej melodii dostajemy banalne wystukiwanie rytmu co dwa kroki (czuję się oszukany, jako że raz – taki pomysł jest zawsze zły, dwa – tak samo było w oryginale), a zamiast kopiącej łeb perki mamy pętlę, która brzmi jak... nie brzmi wcale. Szkoda, szczęśliwie jednak „Taki nawyk” sugeruje duży potencjał. Mam nadzieję, że „Gringo” to pojedynczy wypadek przy pracy.
Pozytywnie wypadł Mr. Ed, którego remix „Nic więcej”, choć nudnawy, ma fajny, klaustrofobiczny klimat, zaś „Pod ciężarem nieba” pieści uszy ciekawym operowaniem wtykami i pięknym, mocarnym syntetykiem w refrenie. Kudel, pomimo elektronicznego, ostrego brzmienia odrzuca przykrą nijakością – poważnie, to mógł być taki dobry beat, jakby tylko dłużej posiedzieć nad odgłosami perki i melodią. A NIE JEST. Przeciętnie zaprezentował się Kroz. „Po prostu piszę” jest autentycznie ładnym numerem, ale po paru taktach zaczyna już mocno usypiać, przez co rozciągnięcie go do pięciu minut zakrawa na kiepski żart. Rozwiniętej aranżacji oczywiście brak. „Rytm” zaś krzywdzi uszy iście przesłabym werblem. O wydymanym samplu się nie wypowiadam. Średnie są także skity Bajera, który na szczęście nadrabia dużą ilością zacnych scratchy.
Uważny obserwator wyłapie pewną regularność – słabe bity pojawiają się głównie na pierwszej połowie płyty, podczas gdy druga jest raczej mocno obsadzona. Sugeruję więc, drogi czytelniku, abyś nie zrażał się miernym początkiem „Z Dala Od Zgiełku” i uwierzył mi, że im dalej w tracklistę, tym lepiej.
A jak prezentuje się Azja? Główne zastrzeżenie budzi warstwa tekstowa – w każdej sekundzie słychać, że za Łukaszem ciągnie się jego introwertyczna natura, nie pozwalając mu oczarować charyzmą. Wersy to głównie obserwacje otoczenia i własnej natury (prędzej Mike Shinoda zacznie robić death metal, niż Azja nagra nieosobistą płytę), lecz na tyle płaskie, że wszystkie numery zlewają się w jedną całość (więcej odwagi i pewności siebie!). Nie powiem, fajnie się tego słucha, ale przy ciekawym przekroju tematycznym, jaki fundował „Makrokosmos”, tutaj jest średnio. Tym bardziej, że do głosu doszły wyświechtane hasła w stylu „TV serwuje papkę, radio serwuje papkę” (o, poważnie?).
Nie znaczy to jednak, że mało tu dobrych wejść. Podoba mi się „Po prostu piszę”, chyba najbardziej udany track z tych osobistych. Najlepsza zwrotka Azji pada z kolei w „Takim nawyku” – urzeka zdystansowaniem i wywołuje uśmiech na ustach. Joint tytułowy też jest niczego sobie, choć zacytowany w poprzednim akapicie wers pochodzi właśnie z niego. Z energią spotykamy się natomiast w „Nic więcej” (co za refren!). Do tego Azja dysponuje niezłą techniką i świetnym, niskim głosem. Nie stroni również od nagrywania na wiele ścieżek, co koniecznie trzeba zaliczyć na plus.
Lubię rap tego gościa. Jeśli tylko uda mu się zwiększyć wyrazistość i pewność siebie, śmiało będzie mógł stawać w jednym rzędzie z najlepszymi podziemnymi graczami. Już teraz jest powyżej średniej.
No i mógłby lepiej dobierać bity.
A samo „Z Dala Od Zgiełku”? Cóż, jest to album porządny, warty sprawdzenia, ale nie ma startu do „Tej Płyty na „M”, Której Nazwa Padła Już W Tym Tekście Kilka Razy”. Niecierpliwie czekam na kolejne projekty.