piątek, 16 marca 2012

Voskovy - Jak to jest (feat. Te-Tris, Ras)

MASAKRA.

poniedziałek, 12 marca 2012

Marques Kincaid - Road Trip [recenzja]


 Nie mam prawa jazdy. W zasadzie to nawet nie chcę mieć. Znaczy - wróć. Chcę mieć, ale totalnie nie chce mi się go robić. Jestem leniem, tak. Pozdrawiam z tego miejsca wszystkich leniów. I MÓWIĘ TO DO CIEBIE, no nie udawaj, że ogarnąłeś wszystkie obowiązki z poprzedniego tygodnia, nierobie.

"Road Trip" to wymarzony materiał dla leniów takich jak Ty i ja, którzy chcieliby pojeździć furą, a nie mają takiej możliwości, za to mają wyobraźnię. Zaoferowany nam został album instrumentalny, który skomponował niejaki Marques Kincaid aka Landmarq Music. Materiał wyszedł na początku marca 2012 jako darmowy projekt z opcjonalną możliwością zapłaty zań. Nie należę do szczęśliwych posiadaczy konta na PayPal'u (bo nie chciało mi się założyć... ), więc pozwoliłem sobie bezczelnie "Road Trip" posiąść za frajer.

Let's rock! Ogólne cechy tego albumu można zawrzeć w trzech prostych zdaniach, oto one. Raz: mamy do czynienia z absolutnym brakiem sampli - jeśli już gdzieś są, zostały bardzo drobiazgowo obrobione, ale jednak wątpię w ich obecność. Dwa: próżno szukać tu odniesień do klasyki, dużo łatwiej natknąć się na modne ostatnio brzmienia kojarzące się z dirty southem czy zabiegi w stylu charakterystycznego "urywania" dźwięków (patrz: "Second wind"). Trzy: album charakteryzuje bardzo dopracowane brzmienie.

Co należy rozumieć pod pojęciem "bardzo dopracowane brzmienie"? Fakt, że słuchając tej płyty można prawie poczuć smród tworzywa, z którego zrobione zostały całe sterty kompresorów, equalizerów, kontrolerów, padów i łączące je kable. Sound jest ciepły, ale nienachalnie. Tam, gdzie spokojniejszy klimat wymaga więcej zimna - biegun północny jak na zawołanie. Tam, gdzie wchodzi monumentalny hymn - brzmienie zabija precyzją i selektywnością. Ani przez chwilę nie mamy wrażenia pustki - nawet podczas najbardziej oszczędnych instrumentowo przejść (uczyć się, wy polskie, kurde, producentczyki, LENIE, u których pustka jest wyczuwalna nawet w ewentualnym punkcie kulminacyjnym). Jest to zasługa nie tylko umiejętności czysto studyjnych, ale także skillfullowego stosowania natłoku dźwięków, którego - co ciekawe - przy pobieżnym odsłuchu nie idzie wyłapać. Dopiero próbując policzyć wszystkie instrumenty pojawiające się w tłach kompozycji można docenić tę muzyczną ekwilibrystykę. Duża w tym zasługa smyczków, których ogólnie nie lubię, a tutaj są zagrane i pomixowane tak, że absolutnie mi nie przeszkadzają. Podsumowując więc akapit - za brzmienie należą się olbrzymie brawa.

Co do klimatu kompozycji - w zasadzie tytuły zdradzają wszystko i nie trzeba organizować zbiorowej debaty członków Mensy, żeby odgadnąć, o czym będą mówić teksty z nutami zamiast głosek. Numer tytułowy zgrabnie wprowadza słuchacza w kolorowy świat całości swoim huraoptymizmem (patrzcie tylko na tę szaloną melodię w refrenie, KOCHAM), "Back roads" z kolei urzeka spokojem potęgowanym przez hipnotyczną monotonię. Wchodzący chwilę później track  "Fast lane" buja jak szalony (chociaż melodyjnie jest do porzygania prosty), z kolei klimat miasta nocą wszystkim leniom przywozi "Night drive". I tak można omówić w zasadzie całe dziewięć numerów. Jak pewnie zauważyliście, nastroje nieustannie się przeplatają. Słusznie - barwy syntezatorów i sphere'ów niemal co kawałek ulegają zmianom.

Do plusów warto dodać jeszcze aranżacje i dynamikę - nawet fragmenty, które z początku irytują nudą, koniec końców rozwijają się w bardzo zadowalający sposób. Że nawet jakieś melodie wchodzą, co jest szalenie ważną zaletą. Zresztą nawet bez nich kompozycje potrafią się bronić - genialnym przykładem na oba powyższe stwierdzenia jest "The attack", który zaczyna się pierdzącą trąbką brzmiącą jak najgorsze na świecie wanna-be-southowe gówno, a potem urzeka mnogością form i niesamowitym, podniosłym klimatem. Trąbka zaś ginie gdzieś w mixie.

Nie leżą mi w zasadzie tylko dwa numery: "Clear skies", w którym samo brzmienie i barwa nie zdołały zniwelować wszechobecnej, przebrzydłej nudy oraz "Second wind" położonego przez dobór słabo brzmiących instrumentów do spółki z w/w nudą. Przyczepić się jeszcze można do wkurzającego miejscami bassu w ostatnim numerze (ogólnie do bassów mam trochę zastrzeżeń, najgorsze są w "Night drive", o matko, tragedia tragedia tragedia, żałość, smutek), za głośnego werbla w "Fast lane" czy paru innych takich pierdół (nie będę wymieniał wszystkich, bo kto by toto czytał?). Czasem trafiają się nieciekawe kompozycje (lenistwo producenta?). No i nie każdemu może pasować ślimacze tempo rozwijania się utworów - ja je toleruję.

Album "Road Trip", pomimo paru potknięć, przypadł mi do gustu. Co prawda nie wywołuje u mnie jakiegoś wielkiego "woooow" (no dobra, poza brzmieniem) właściwego dziełom wizjonerskim i genialnym, ale lubię go słuchać. Pewnie będzie często gościł na moich słuchawkach, gdyż jest dość uniwersalny. Owa uniwersalność każe mi też stwierdzić, że każdy słuchacz znajdzie tu parę rzeczy dla siebie. Szczerze zachęcam do zweryfikowania mojej opinii pod adresem http://landmarqmusic.bandcamp.com/album/road-trip. I tak, linka wkleiłem dla wszystkich leniuchów, którym nie chciałoby się choćby wklepać nazwy płyty w google nawet, gdybym każdemu z Was przeczytał tę recenzję przez megafon stojąc przed Waszymi domami.

piątek, 2 marca 2012

poniedziałek, 27 lutego 2012

Zjawin - "Wszystko Jedno"... jednak będzie


Przyznam, że umknął mi ten ogłoszony (prawie tydzień temu...) na fejsbukowym fanpejdżu Zjawina news. Powyższy obrazek ujrzałem dopiero przed chwilą, przeglądając blog Wolumin. Premiera pośmiertnego albumu producenckiego Bartosza Zjawina ma mieć miejsce wiosną. Czekam bardzo.

wtorek, 31 stycznia 2012

Niby nic?


Ty też to pewnie znasz. Przesłuchujesz sobie przed chwilą ściągnięty/kupiony projekt, życie się toczy swoim codziennym rytmem... aż nagle słyszysz TO. Nieważne, czym TO konkretnie jest: może być refrenem, dodatkowym dźwiękiem, przejściem, dwoma słowami, perkusją, solówką... dosłownie wszystkim. Ale już wiesz, że fakt wystąpienia TEGO nie da ci spokoju.

Miałem tak bardzo często. Bywało nawet tak, że zamiast po ludzku słuchać danego utworu od początku do końca, siedziałem przed kompem i jak kretyn przeskakiwałem wciąż na TE kilka sekund muzyki. A po chwili – znowu. I znowu. I znowu.

Panie i Panowie, przed wami sześć uzależniających momentów w muzyce, które zachowały się gdzieś w najgłębszych warstwach pamięci. Wspomnienia zlały się w jednolitą mgłę, całe albumy sprowadzone zostały do jednego dźwięku, a te momenty wciąż są tak samo uzależniające i wkręcające, jak za pierwszym odsłuchem. Enjoy.

A Tribe Called Quest – Oh my god
(wejście bitu, 0:02)
[YouTube]

Co z tego, że ten sampel jest piękny? Co z tego, że Q i Phife rzucają dobre zwrotki? Co z tego, że Busta Rhymes szaleje w refrenie, powtarzając nieśmiertelne „Oh my god”? CO Z TEGO? Tu liczą się tylko te dwie sekundy zawierające scratch, mini pseudobeatbox i stopę krok przed pierwszym taktem. Nie jestem stuprocentowo pewien, ale chyba mamy do czynienia z najlepszym intrem świata.

Straho ft. Fokus – Magnes
(nucący Fokus w outrze, 3:06-3:30)
[YouTube]

„Experyment Psyho” nie jest jakąś nadzwyczajnie wybitną płytą. Ale dwóch rzeczy nie można jej odmówić: klimatu i... więcej klimatu. „Magnes” chyba najlepiej przetrwał próbę czasu ze wszystkich numerów na tamtym albumie, a jego najlepszą częścią jest bezsprzecznie końcówka, w której Fokus swoim depresyjnie znudzonym głosem nuci średnio żywiołowy temat.

Soul Supreme – One mic
(sampel wokalny, 1:55-2:10)
[Wrzuta]

Soul Supreme to Szwed, który swego czasu współpracował z paroma pierwszoligowymi niggerami (pojawił się choćby na „Starchild” O.C.), zaś moje psychofaństwo zaskarbił sobie płytą „Soul Supreme Presents: Soulmatic”. Pewnie się już domyśliliście po tytule, że chodzi o zremixowaną wersję „Stillmatic” Nasa. I prawidłowo. „One mic” z tego wydawnictwa (dobrego!) zdecydowanie się wybija – przede wszystkim dzięki cichutkiemu, niepostrzeżenie wchodzącemu po stu piętnastu sekundach samplowi.

Overkill – In vain
(„Start living, start dying, start paying, start flying”, 2:50-3:30)
[YouTube]

Kto widział moje podsumowanie 2010 u Lite'a, ten pewnie wie, że szaleję za „Ironbound”, megagenialnym hipocentrum wariackiej metalowej młócki od speców z Overkilla. Jako, że wokalista dysponuje wysokim (ale genialnym!) wokalem, często wprowadza do swoich dzieł taki niby-chórek dla kontrastu. Partie, w których on występuje, prawie zawsze wynoszą dany track na apogeum doskonałości, a najlepiej prezentują się podczas przejścia w „In vain”.

Neo Retros – The sandman
(dodatkowe klawisze, 2:27)
[YouTube]

Nie samym Overkillem człowiek się fascynuje. Są jeszcze Neo Retros, czyli autorzy najlepszej płyty 2011. To właśnie „The sandman” przesądził o jej zwycięstwie, a z kolei o jego świetności zadecydowały – poza gitarami, wokalem, świetnym brzmieniem, melancholijnym klimatem, motywami i w ogóle pięknem – delikatne klawisze cichutko podkreślające ostatni refren. Najlepiej słychać je przez moment w 2:27.

Emilio Rojas – So alive
(outro, 2:40-3:57)
[YouTube]

Emilio Rojas. Gość, którego mixtape'y uwielbiam całą swoją muzyczną percepcją. Przy czym nie chodzi wyłącznie o jego umiejętności raperskie, ale też o dobór bitów. Choć „So alive” nie jest moim ulubionym kawałkiem Rojasa, to jego wyjściówka ewidentnie wygrywa życie – najpierw uroczy, śpiewany refren w 2:40, następnie kanonada talkboxowych chórków (TALKBOXIE, WRÓĆ!), a na deser za-je-biś-cie obłędne zakończenie w postaci motywu syntezatorowego na wysokości 3:28. Doskonała puenta dla doskonałego utworu.

PS. Dla rozkminiających, o co chodzi ze zdjęciem. Fotografia przedstawia zestaw leczniczy Buskowianka + tabletka życiodajnego specyfiku o nazwie Alka-Seltzer. Kupiłem go w jedynej całodobowej aptece w mieście o godzinie szóstej rano w niedzielę, kiedy wszystkie sklepy były pozamykane. Owy zestaw ładnie wpasował się w tematykę niniejszego zestawienia - niby nic, a jednak uprzyjemniło egzystencję w stopniu znacznym.

niedziela, 29 stycznia 2012

Azja/DJ Bajer - Z Dala Od Zgiełku [recenzja]


„Z Dala Od Zgiełku”. Bardzo ładny tytuł, naprawdę – w dodatku adekwatny do spokojnej zawartości krążka. Szkoda jednak, że jest zarówno „Z dala od zgiełku”, jak i „Z dala od najwyższej półki”.

Chwilowym punktem wyjścia niech będzie poprzednie wydawnictwo Azji (spontanicznego – jak mniemam – bootlega nie liczę), „Makrokosmos”. Wielce udany to album, umilił mi niemało godzin pieszych wycieczek. Nawet kilka razy podzieliłem się nim ze znajomymi. Przekatowałem „Makrokosmos” solidnie, dzięki czemu dziś jest jednym z moich ulubionych polskich podziemnych rap-wydawnictw. Życie jednak uczy, że po każdym zajebistym projekcie następny musi być gorszy. I choć „Z Dala Od Zgiełku” trzyma poziom, potwierdza tę przykrą regułę.

...no poważnie?

Przede wszystkim mocno doskwiera brak Dż.ony'ego, który, produkując większość tracków z „Makrokosmosu”, wzniósł tamten projekt na wyżyny kozackości. Tym razem o dobro naszych uszu dbają niejacy Kudel, Dżemas, Jarza, Kroz, Oer, Benon, Mr. Ed oraz DJ Bajer.

No i jest z tym problem, gdyż ciężko mi stwierdzić, czy panowie zaliczają więcej wzlotów, czy upadków.

Znaczy, umówmy się tak – Oer jest i zawsze będzie bezbłędny. Wiem, że to zdanie śmierdzi tanim psychofaństwem, ale co poradzę? Jego singlowa wersja „Serwus” czaruje genialnym cięciem, „W drodze” oraz „Nic więcej” to z kolei popisy rewelacyjnego brzmienia, a track tytułowy w ogóle rozpierdala pod każdym względem – i obłędnego klimatu, i świetnego doboru dźwięków, i solówek (!), i wchodzącego do głowy tematu, i nawet fletu, który dograł Benon.

Z innymi producentami jest już różnie. Mieszane emocje zostawia Jarza – „Taki nawyk”, choć do porzygu konwencjonalny, brzmi w gruncie rzeczy dość sympatycznie dzięki ładnie pociętemu samplowi oraz beztroskiemu klimatowi. „Gringo” zaś to, dla odmiany, chyba najgorszy bit 2011. Nie dość, że sampluje „I need a dollar” (co?...) to jeszcze nie robi z tym samplem niczego konkretnego – zamiast jakiejś fajnej melodii dostajemy banalne wystukiwanie rytmu co dwa kroki (czuję się oszukany, jako że raz – taki pomysł jest zawsze zły, dwa – tak samo było w oryginale), a zamiast kopiącej łeb perki mamy pętlę, która brzmi jak... nie brzmi wcale. Szkoda, szczęśliwie jednak „Taki nawyk” sugeruje duży potencjał. Mam nadzieję, że „Gringo” to pojedynczy wypadek przy pracy.

Pozytywnie wypadł Mr. Ed, którego remix „Nic więcej”, choć nudnawy, ma fajny, klaustrofobiczny klimat, zaś „Pod ciężarem nieba” pieści uszy ciekawym operowaniem wtykami i pięknym, mocarnym syntetykiem w refrenie. Kudel, pomimo elektronicznego, ostrego brzmienia odrzuca przykrą nijakością – poważnie, to mógł być taki dobry beat, jakby tylko dłużej posiedzieć nad odgłosami perki i melodią. A NIE JEST. Przeciętnie zaprezentował się Kroz. „Po prostu piszę” jest autentycznie ładnym numerem, ale po paru taktach zaczyna już mocno usypiać, przez co rozciągnięcie go do pięciu minut zakrawa na kiepski żart. Rozwiniętej aranżacji oczywiście brak. „Rytm” zaś krzywdzi uszy iście przesłabym werblem. O wydymanym samplu się nie wypowiadam. Średnie są także skity Bajera, który na szczęście nadrabia dużą ilością zacnych scratchy.

Uważny obserwator wyłapie pewną regularność – słabe bity pojawiają się głównie na pierwszej połowie płyty, podczas gdy druga jest raczej mocno obsadzona. Sugeruję więc, drogi czytelniku, abyś nie zrażał się miernym początkiem „Z Dala Od Zgiełku” i uwierzył mi, że im dalej w tracklistę, tym lepiej.

A jak prezentuje się Azja? Główne zastrzeżenie budzi warstwa tekstowa – w każdej sekundzie słychać, że za Łukaszem ciągnie się jego introwertyczna natura, nie pozwalając mu oczarować charyzmą. Wersy to głównie obserwacje otoczenia i własnej natury (prędzej Mike Shinoda zacznie robić death metal, niż Azja nagra nieosobistą płytę), lecz na tyle płaskie, że wszystkie numery zlewają się w jedną całość (więcej odwagi i pewności siebie!). Nie powiem, fajnie się tego słucha, ale przy ciekawym przekroju tematycznym, jaki fundował „Makrokosmos”, tutaj jest średnio. Tym bardziej, że do głosu doszły wyświechtane hasła w stylu „TV serwuje papkę, radio serwuje papkę” (o, poważnie?).

Nie znaczy to jednak, że mało tu dobrych wejść. Podoba mi się „Po prostu piszę”, chyba najbardziej udany track z tych osobistych. Najlepsza zwrotka Azji pada z kolei w „Takim nawyku” – urzeka zdystansowaniem i wywołuje uśmiech na ustach. Joint tytułowy też jest niczego sobie, choć zacytowany w poprzednim akapicie wers pochodzi właśnie z niego. Z energią spotykamy się natomiast w „Nic więcej” (co za refren!). Do tego Azja dysponuje niezłą techniką i świetnym, niskim głosem. Nie stroni również od nagrywania na wiele ścieżek, co koniecznie trzeba zaliczyć na plus.

Lubię rap tego gościa. Jeśli tylko uda mu się zwiększyć wyrazistość i pewność siebie, śmiało będzie mógł stawać w jednym rzędzie z najlepszymi podziemnymi graczami. Już teraz jest powyżej średniej.

No i mógłby lepiej dobierać bity.

A samo „Z Dala Od Zgiełku”? Cóż, jest to album porządny, warty sprawdzenia, ale nie ma startu do „Tej Płyty na „M”, Której Nazwa Padła Już W Tym Tekście Kilka Razy”. Niecierpliwie czekam na kolejne projekty.

środa, 25 stycznia 2012

Jakub "Nox" Ambroziak - Dark Side of the Sun [recenzja]


Witaj, młody. Pewnie sam nawet nie wiesz, w co się pakujesz. Mówisz, że nigdy wcześniej nie miałeś do czynienia z taką muzyką? Nie szkodzi, przyzwyczaisz się szybko. Pierwszy raz zawsze boli. Pamiętaj tylko, że przed włączeniem „Dark Side of the Sun” musisz oczyścić umysł.

...MUSISZ OCZYŚCIĆ UMYSŁ, KURWA!

Dotarło? To świetnie.

Jak już się oderwiesz od swoich gówno wartych zmartwień i doprowadzisz mózg do stanu używalności, wchodź śmiało w ten nowy świat. Tylko przygotuj się na mocne uderzenie, bo już pierwsza kompozycja, „Inarritu” opęta Cię hipnotyczną, monotonną pętlą z wyraźnie zarysowanym rytmem wyznaczanym przez przyjemnie trzeszczący, delikatny werbel. Śmiało możesz też liczyć na towarzystwo niepokojących dźwięków w tle, ślizgających się na cienkiej granicy między jasnym wyrazem za chaotycznym niezdefiniowaniem. A mniej więcej w połowie zaskoczy Cię pogodny sampel akustycznej gitary.

Być może sobie wtedy pomyślisz, że w percepcji Noxa waga przypisywana kontrastowi dąży do nieskończoności. Błąd, mój drogi – swoistym muzycznym Syjonem dla tego pana jest KLIMAT. Gwarantuję Ci, że przekonasz się o tym, brnąc dalej w niniejszą epkę. Bądź gotowy na obecność wszystkich możliwych zabiegów służących podtrzymaniu nastroju niepokoju, jakie dopuszcza forma z góry zakładająca względny minimalizm. Urwane dźwięki, szury, szumy, pulsujące bassy (do tego ocean rasowej elektroniki w „Solar system” i „Erse” – mniam), tony dziwnych sampli w tle (i nie mam tu wcale na myśli konkretnych instrumentów). Do tego te miażdżące ściany dźwięku i stuprocentowy loudness war w jednej chwili ustępujące miejsca klarowności brzmienia w drugiej. Wylewające się z membran może świetności, nieprawdaż?

...no, nie do końca. Mój gust podpowiada mi, że w paru miejscach ten klimat niepokoju ustępuje miejsca zwykłemu znudzeniu. Dzieje się to co prawda sporadycznie, ale jednak. Dobrze chociaż, że najmniej rozwinięte kompozycje zostały przykryte kobiecym wokalem. Słucha się ich z przyjemnością.

Z drugiej strony, może minąć trochę czasu, zanim Twoja głowa bezproblemowo przyswoi „Dark Side of the Sun”. Nie szkodzi, mnie też to zajęło kilka dób. Czynnikiem do natychmiastowego wychwycenia i błyskawicznej podjarki jest za to brzmienie wykręcone przez Noona: choć sama muzyka średnio emanuje przystępnością, sytość dźwięku przenosi w kosmos. Wszystko jest na swoim miejscu. Panie Noon, jak zwykle klasa.

Ten krótki materiał ma swój urok. Jeśli jesteś w stanie zanurzyć się po uszy w tym ogromie przestrzennych, czarnych jak smoła odgłosów, powinieneś sprawdzić. Najlepiej zrobić to za pośrednictwem TEGO adresu – a jak już uznasz, że „Dark Side of the Sun” stoi na odpowiednim dla Twoich pieniędzy poziomie zajebistości, śmiało nabądź digipack TUTAJ.

www.facebook.com/JakubNoxAmbroziak